Przedsionek (opowiadanie)


 

Pewnego poranka, tak jak codziennie, wszedł do łazienki. Chyba było to we wtorek, nie jestem pewna. Wyszedł z niej po tygodniu. Wszedł do kuchni, jak gdyby nigdy nic, jakby nie minął tydzień, a zwykłe 30 minut. Tyle zawsze zajmowała mu poranna toaleta, sikanie, mycie zębów, golenie i takie tam. Wszedł ze śpiochami w kącikach oczu, był nieogolony. 

 

- Kochanie, gdzie byłeś? - zapytałam.

- W łazience. Pod wanną - odpowiedział zupełnie naturalnie.

- Co tam robiłeś? - dopytywałam.

- Zwiedzałem.

 

Zaparzył sobie herbaty, wypił. Zjadł jogurt brzoskwiniowy. Wziął jakąś bardzo grubą książkę w czarnej okładce i znów wszedł do łazienki. Tym razem nie było go przez miesiąc. Nie powiedział: „Żegnaj”, dlatego czekałam na niego w kuchni, wiedziałam, że lada dzień wróci. W tym czasie nauczyłam się sikać do słoików po marynowanych grzybach, robić kupę do kociej kuwety. Sypiać na sosnowym stole. Myłam się w zlewie. Ani razu nie zastukałam do drzwi łazienki. Nie byłam nawet sprawdzić, czy się w niej zamknął na klucz, czy nie. Nie przykładałam ucha do drzwi, by sprawdzić, czy dobiegają z niej jakieś dźwięki. Uznałam, że skoro chce mieć swoje chwile intymności, to niech ma. Może ma zatwardzenie albo coś poważniejszego. 

 

Równo po miesiącu wyszedł stamtąd i wszedł do kuchni. Zapytał, czy zrobię mu śniadanie. Był ubrany w te same rzeczy, które były bardzo znoszone, przetarte na łokciach i kolanach. Na kolanach bardziej. Urosła mu broda, cała siwa, jak u starca, choć nie postarzał się wcale. Wyglądał jednak na zmęczonego. Usmażyłam mu jajka sadzone na bekonie. Do tego ugotowałam trzy cielęce parówki. Podałam wszystko na jednym talerzu, razem ze słodką fasolką, którą tak lubi. Usiadłam na krześle obok. On jadł i nic nie mówił.

 

- Kochanie, powiedz mi proszę, co tak długo robiłeś w naszej łazience? - nie wytrzymałam i zapytałam.

- Sądziłem - odpowiedział między jednym gryzem parówki, a drugim.

- A kogo sądziłeś, moje słonko? - dociekałam.

- Ludzi chodzących po suficie i ich krewnych.

 

Wytłumaczył mi, że pod naszą wanną jest przejście do Przedsionka. Ludzie, którzy potrafią chodzić po suficie, znają magiczne formuły, tajemne zaklęcia zapisane w starych księgach, pozwalają one wejść i wyjść z Przedsionka bez szwanku, bez jednej szramy na przedramieniu. Do Przedsionka wchodzi się przeważnie w poszukiwaniu swoich potępionych krewnych. Większość wchodzi tylko po to, by się upewnić, że ich zmarli zostali rzeczywiście potępieni. Dostarcza im to sporo satysfakcji. Ale są i tacy, którzy przychodzą, by wybawić właśnie zmarłego członka swojej rodziny.

 

- Wiesz, to nas, bo takich jak ja jest jeszcze dwóch, strasznie wkurwia. Gdyż czasem rzeczywiście udaje im się wyrwać ich z Przedsionka, my mówimy, że spierdolili nam z  Pod.

 

Zapytałam, czy wie jak to się robi, jak można chodzić po suficie, by ratować krewnych. Powiedział mi, że podczas pogrzebu trzeba włożyć do trumny zmarłego relikwię świętego. Wtedy taki człowiek ląduje miękko w Przedsionku i czeka na osobę chodzącą po suficie, czyli tę, która włożyła mu do trumny relikwię świętego. Relikwia jednak musi być prawdziwa, bo jak nie jest, to zarówno potępiony, jak i ten kto chciał go ratować, wchodzą jeszcze głębiej, podobno w okolicę siódmego kręgu Królestwa Ciszy. Każda taka próba wyrwania bliskiego jest rozpatrywana osobno przez sąd do którego należy mój chłopak. Na posiedzenie sądu zapraszany jest, jako niemy obserwator, Rozjemca z Góry. Nie ma on prawa głosu, jednak może odmówić podpisania protokołu z rozprawy. Wtedy taka sprawa rozpatrywana jest jeszcze raz. Co podobno jest jakimś gównem.

 

- Nienawidzimy ludzi chodzących po suficie, bo jeśli uda im się zwiać od nas, to potem już nigdy do nas nie trafiają, gdyż dobrze wiedzą jakich rzeczy nie robić, by nie zostać potępionymi.

- Dobrze, mój kochany, ale nadal nie wytłumaczyłeś mi, dlaczego nie było cię przez cały miesiąc - powiedziałam, nie dając się zbyć.

- Mieliśmy trudną sprawę, - tłumaczył się - chodziło o rzekomą autentyczność relikwii św. Rozalii z Palermo. Ktoś przyszedł z jej miednicą, a my mieliśmy już w archiwum jej miednicę.

- No i?

- No i ten pierdolony Rozjemca uznał, że ona miała dwie.

- Jak to? - byłam zaszokowana.

- Tak to. Podobno miała siostrę bliźniaczkę, o tym samym imieniu, z którą się często zamieniała miejscami i obie w jednej osobie zostały kanonizowane.



Maciej Gierszewski