Tu Luiu bekniesz (opowiadanie)
Wynająłem
japońskiego zabójcę ninja, by dał lekcję dobrych manier Ludwikowi. Nie miał go
zabić, tylko porządnie wystraszyć. Dzięki niezłym układom i właściwym
znajomościom Michała Lasoty udało mi się nawiązać kontakt z japońskim podziemiem
mafijnym w Poznaniu. Michał zaaranżował spotkanie w „Sushi Barze” na
Ślusarskiej z małym Japończykiem o imieniu Kenta. Przyszedłem przed czasem, ale
on już siedział i czekał na mnie, ubrany w żółty garnitur. Na nosie miał duże
okulary o drucianych oprawkach. Sprawiał wrażenie zagubionego chłopca, a nie
zawodowego zabójcy. Ostatecznie przekazałem zdjęcie Ludwika Kencie. On zapytał
mnie o powody, wytłumaczyłem mu dlaczego. Gdy przyszła chwila, w której
mieliśmy omówić wynagrodzenie za robotę, Kenta powiedział, że nic ode mnie nie
weźmie, bo jest to sprawa honoru, a nie dziecięcej zemsty. Zapytałem, kiedy to
zrobi. Odpowiedział, że jeszcze dziś w nocy. Dał mi mały telewizorek
koreańskiej produkcji, bym mógł obejrzeć całe zajście na podglądzie, gdyż on
będzie miał przyczepioną kamerę na czapce. Podobno elita poznańska lubi się tak
bawić. Mam opory, by podglądać, ale przełamuję się. Kilka minut po trzeciej w nocy widzę, jak Ludwik idzie Wrocławską w stronę Kupca. Ulica jest pusta. Z nieba lecą małe kulki styropianu, to grad pada. Widzę jak Kenta bezszelestnie
zachodzi Ludwika od tyłu, łapie za szyję, by nie mógł krzyknąć i wciąga w bramę. Stoją przez chwilę naprzeciwko siebie, bo widzę twarz Lu, wykrzywioną w grymasie zdziwienia i strachu. Ciężko oddycha, obłoczki pary wylatują mu z ust,
ale nie żadne słowa. Nagle Kenta obraca się w szybko w stronę ściany, trwa to
ułamek sekundy, może nawet mniej, nie zauważyłem, kiedy dokładnie i skąd, ale
nagle ma w rękach czerwony kij bejzbolowy i jednym uderzeniem w kolana, zwala
Ludwika na posadzkę klatki schodowej. Musiał mu pewnie coś połamać, bo ten wije
się i głośno jęczy, krzyczy. Kenta odkłada za siebie kij, wyciąga z czarnej
pochwy swój miecz, podchodzi pół kroku i pochyla się nad nim. Ostrze przykłada
do policzka, widać stróżkę krwi cieknącą na podbródek, i mówi: "Chłopcze,
naucz się szanować ludzi, bo jak nie, to będziemy musieli się jeszcze raz
spotkać. Wtedy nie będzie już tak miło jak teraz". Lui nic nie odpowiada, nawet
nie oddycha, czeka na ciąg dalszy, którego jednak już nie widzę, bo obraz zaczyna
śnieżyć i wszystko znika z mego monitorka.
(Tekst pochodzi z cyklu
"Oniryczne opowiadania")
Maciej Gierszewski