Dziewczyna Pięknego Lola

 

 

Dziewczyna Łukasza była dziwna. Dzwoniła do niego co pół godziny albo i częściej. On odbierał, mówił „Jestem, jestem” i się rozłączał.

 

Łukasz pojawił się u nas na początku roku. Wszedł do magazynu pewnym krokiem. Stanął na środku i zaczął się rozglądać. Pierwszy dostrzegł go Stachu i zamiast warknąć na niego: „Te, Młody, chodź no tutej”. Tak jak zwykle, gdy pojawia się jakiś szczeniak. Zawołał: „Chłopaki, widzicie? Piękny Lolo przyszedł!”. Łukasz zorientował się, że chodzi o niego i podszedł do Stacha. Szeroko się uśmiechnął, pokazując garnitur swoich białych i prostych zębów, mówiąc: „Mam na imię Łukasz”.  Po dwóch miesiącach już tylko kadrowa pamiętała jego imię. My wszyscy mówiliśmy na niego Piękny Lolo. Ksywa przylgnęła do niego na stałe niczym przeżuta guma do spodni. Pasowała do niego idealnie. Myślę, że nawet mu się podobała, bo gdy tylko ktoś tak na niego powiedział, prostował się jak struna i stawał na baczność. Po jakimś czasie zaczął o sobie mówić: „Ja, Piękny Lolo, myślę, że…”.

 

Rzeczywiście był piękny. Był tak piękny, że wszystkie dziewczyny z firmy, przychodziły wieczorem do szatni i ustawiały się w kolejce, by móc z nim choć chwilę porozmawiać. Wszystkie dały mu swój numer telefonu. Wszystkie wysyłały czułe esemesy. Dzwoniły, ale on odbierał telefony tylko od swojej dziewczyny. 

 

Dziewczyna Łukasza była Japonką. Przywiozła go pewnego dnia do pracy swoim samochodem. Wtedy ją poznałem. Zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni. Patrzyłem na nią przez szybę, gdy siedziała jeszcze w samochodzie za kierownicą. Wydawało mi się, że ma na twarzy maskę ochronną w kolorze skóry, która zasłania jej usta. Udawałem, że nie jestem zdziwiony, bo przecież wszyscy wiedzą, że Japończycy są dziwni. Gdzieś czytałem, że boją się zarazków fruwających w powietrzu, boją się smogu, pyłu. Dlatego używają masek w mieście do ochrony przed drobnoustrojami. Dlaczego ona miałaby być inna?

 

Gdy wysiadła z samochodu okazało się, że to nie maska, że wcale nie ma na twarzy maski. Ona po prostu, najzwyczajniej, nie miała ust. Nie miała nawet śladu, czy blizny po ustach. Później dowidziałem się, że urodziła się normalna, czyli z ustami. Jednak w życiu nie wypowiedziała ani jednego słowa i dlatego, jak zaczęła dorastać, jej usta zaczęły się zrastać, tak że teraz nie ma żadnej pozostałości. Zostaliśmy sobie zaprezentowani. „Tsujiko, to jest mój szef. Szefie, to jest Tsujiko.” Podaliśmy sobie dłonie. Ona lekko mi się ukłoniła. Potem wsiadła do samochodu i odjechała. Stałem jak wryty. Łukasz poczęstował mnie tik-takiem.

 

- Jak ona je? - zapytałem, jak tylko odzyskałem głos.

- Nie je, oddycha - odpowiedział.

- Co pije?

- Wchłania wodę przez skórę na plecach.

- Jak się całujecie? - dopytywałem.

- Normalnie, całuję ją w czoło i policzki.

- A jak rozmawiacie? No, przecież musicie do siebie coś mówić, nie wiem…

- Nie rozmawiamy. Wcale nie musimy. Co prawda ja do niej dużo mówię, opowiadam o wszystkim. Ona lubi słuchać mojego głosu. To ją uspokaja. Jeśli już rzeczywiście jest pilna potrzeba, to ona mi wtedy rysuje. Nie może przecież napisać, bo ja nie znam japońskiego.

- No i nie ma jak ci obciągnąć.

- Właśnie, tu jest problem. Jednak potrafi świetnie to zrobić stopami.



(Opowiadanie pochodzi z niewydanego jeszcze zbioru "Wycieczka do Hajfy")

 


Maciej Gierszewski