Trzech mężczyzn (opowiadanie)
Wieczorem wracałem Pekaesem z jej pogrzebu. Pogrzeb jak pogrzeb.
Pojechałem, choć była Niemką. Podobno na miesiąc przed śmiercią zapomniała
polskiego i mówiła jedynie po niemiecku. Mogę sobie wyobrazić jej złość, gdy
zrozumiała, że nikt wokół nie rozumie ani słowa z tego, co mówi. Zawsze
zależało jej na tym, by się jasno i precyzyjnie wyrażać, by być dobrze
zrozumianą.
Pogoda dopisała, nie padało, choć dzień wcześniej się zapowiadało. Stypa
również była udana. Zostałem obdarowany zdjęciami najmłodszych członków
rodziny. Wymieniłem się aktualnymi adresami i numerami telefonów. Cały czas
chciało mi się palić. Kombinowałem, jak się urwać na fajkę. Wymyśliłem, że
wcześniej wyjdę na autobus, bo muszę znaleźć przystanek. Powoli zaczynało się
ściemniać. Byłem obżarty i zadowolony, a także
zmęczony. Aby dojechać na czas wyniesienia z domu, musiałem wstać o piątej rano. Chociaż to tylko sto dwadzieścia kilometrów, jednak połączenia do
bani.
W autobusie poczułem się potwornie senny. Musiałem się dwa razy przesiadać,
nim udało mi się rozłożyć fotel. Przykryłem twarz kurtką i zasnąłem.
Śniłem sen, w którym pisałem powieść pt. "Trzech mężczyzn”. Była to
historia o skomplikowanej relacji między Dziadkiem, Synem i Wnukiem. Dziadek
nienawidził Syna, ale kochał Wnuka. Syn nie kochał nikogo, nienawidził zarówno
swego ojca, jak i swego syna. A Wnuk był między młotem a kowadłem, bo kochał
ich obu.
Dziadek w okresie międzywojennym był właścicielem ziemskim, który przegrał
swój majątek w karty. Za żonę miał Niemkę, dlatego jak przyszła wojna nie
musiał nigdzie uciekać, za to został wcielony do Wehrmachtu. Uciekał z niego
dwa razy. Za drugim razem, po tym jak został złapany, zesłano go do obozu
koncentracyjnego. Żona się go wyrzekła i wyjechała z dziećmi w głąb Rzeszy. Na
przedramieniu miał wytatuowany numer, mówił Wnukowi, że to numer telefonu do
kolegi z uzdrowiska. Po wojnie Dziadek wstąpił do Partii. Parcelował ziemię.
Agitował. Wydał jednego ze swoich braci na tortury za to, że był nie w tej
partyzantce, w której powinien być. Brat został zamęczony na śmierć. Dziadek to
wszystko Wnukowi tłumaczył, ale Wnuk nic z tego nie rozumiał. Pamiętał, że w domu Dziadka w szafie na dolnej półce leżał pasiak, a pod nim prawdziwy,
pachnący smarem pistolet.
Syn zrobił dziecko dziewczynie ze wsi, która pracowała na polu Dziadka. Nie
chciał się żenić, ale został zmuszony. I tak się urodził Wnuk. Wnuk, jedyny w rodzinie, którego Dziadek uwielbiał, zabierał na grzyby, na ryby, na mecze
trzecioligowego zespołu piłki nożnej, na przejażdżki za miasto służbowym
samochodem, do fryzjera na rynek itd. Ojciec nienawidził Wnuka właśnie za to
wszystko. Dlatego, gdy tylko mógł bił go i kopał. Wygadywał najgorsze historie
o Dziadku. Jak to ich głodził, jak to rozciął nożem brzuch Babci, gdy była w szóstej
ciąży.
W latach osiemdziesiątych Dziadek zostaje kociarzem, znaczy Świadkiem
Jehowy i daje się ochrzcić, przez całkowite zanurzenie w wodach brudnego
basenu. Szybko awansuje. Zostaje mianowany starszym zboru. Ze wszystkich sił
stara się być nowym, dobrym człowiekiem. Próbuje nawiązać utracony kontakt z Synem. Przeprosić, naprawić. Zbawić całą
rodzinę.
Wysiadając z autobusu Pekaesu, razem z biletem, wyrzuciłem do kosza
zdjęcia, karteczkę z adresami i aktualnymi telefonami.
Maciej Gierszewski