Autobusowe historie, cz. 2
(opowiadanie)
16.10 poniedziałek
Przenikliwe, zimne
popołudnie. Czas powrotu z pracy, ze szkoły, skądś tam. Bardzo stary, charczący
autobus, wypełniony ludźmi, kolorami, rozmowami, hałasem. Pojazd usiłuje
przekrzyczeć tłoczących się w nim ludzi. Jeszcze stoi ale to już nie potrwa
długo. Przez otwarte drzwi wpada trochę świszczącego, wilgotnego powietrza.
Ktoś jeszcze zdąży. Wbiega kilku chłopców z wielkimi plecakami, jakaś młoda
pani na obcasach, zdążył też pan biegnący skocznie z papierosem w ustach. I tego papierosa na przywitanie oddał wszystkim pasażerom w środku, każdemu po
trochę śmierdzącego, duszącego dymu wysapanego hojnie po wygranym, męczącym
wyścigu z rozkładem jazdy. Na zielonej twarzy kasownika rytmicznie pulsuje
czas. Jeszcze stoimy, jeszcze ktoś biegnie. Ci, którzy już czują się
bezpiecznie w środku obserwują tych biegnących z niejaką satysfakcją i rozbawieniem. Bo rzeczywiście zabawnie wygląda twarz wygięta determinacją i wysiłkiem, aby uciec przed zimnem do litościwego zaduchu, aby zdążyć na czas do
swoich ważnych spraw, rozpaczliwy wzrok kierowany w stronę kierowcy, tego
dyspozytora czasu, zawiadowcy oczekiwania, dróżnika przystankowej nadziei. Czy
uda się zdążyć, czy też trzeba będzie czekać i marznąć przez 24 minuty? Ktoś ma
jeszcze szansę, ktoś jeszcze zdąży. Z oddali nadciąga kołysząc się niepewnie
niewielka, zgarbiona postać. Ona jest ostatnia w wyścigu, za nią już nie ma
nikogo. Jeszcze klika sekund i już wszyscy w autobusie widzą że to bardzo stara
kobieta, obładowana ogromnymi siatkami, z pewnością ciężkimi, choć nie tak
ciężkimi jak ciężar jej lat. Jeszcze kilka metrów do mety, najważniejsze żeby
się nie potknąć. Wszyscy siedzący przy oknach widzą i wiedzą, że kierowca też
widzi. Wiatr jest przeciwko niej, mruży oczy, potyka się, lekko zatacza, biegnie
drobnymi kroczkami po nierównym chodniku, siatka zsuwa się z ramienia. Jeszcze
dwa metry, jeszcze metr. Silnik wyje, lekkie szarpnięcie. Na kasowniku 9
zmienia się w 10. Czas minął. Drzwi zatrzaskują się z głośnym hukiem. No, i nareszcie ruszyliśmy.
Katarzyna Lis