Edward (opowiadanie)

 

 

Miasto P. pogrążone w cichym mroku oddycha mgłą jesiennego wieczoru. Jest późno i na brukowanych ulicach nie ma już prawie nikogo.

 

Wincentyn był właśnie na polowaniu, przedzierał się przez gęste chaszcze tropikalnego lasu deszczowego, tropiąc nieuchwytnego geparda o złotych, lśniących zębach, gdy nagle i brutalnie obudził go trzeci a może czwarty dzwonek w recepcji. Zerwał się szybko z posłania w kantorku i leniwie przecierając zaspane oczy, podszedł do kontuaru. Z drugiej strony stał mężczyzna z dużą, starą walizką podróżną w jednej ręce i słoikiem kompotu śliwkowego w drugiej, czego Wincentyn nie mógł spostrzec, gdyż wysokość kontuaru pozwalała mu widzieć jedynie twarze, w najlepszym wypadku ramiona, jeśli po drugiej stronie znajdował się akurat ktoś ponadprzeciętnie wysoki. Mężczyzna był wzrostu średniego i miał lekko przyprószone siwizną, ciemne włosy. Nie był stary ani młody, nie był przystojny, lecz w jego twarzy było coś nierzeczywistego. Wincentynowi często śniły się twarze. Mężczyzna poprosił o pokój z dużym łóżkiem, zapłacił i odszedł.

 

Wincentyn pomyślał o Edwardzie. Nie widział go dzisiaj i nikt z hotelu też go dziś nie widział. Edwarda zrobił dla niego dawno temu jego sąsiad, pan Stanisław, którego pasją i celem w życiu jest konstruowanie. Od zawsze, to znaczy od kiedy Wincentyn pamięta, pan Stanisław siedzi w przyległym do swego domu warsztacie na tyłach ogrodu i przetwarza, buduje, spawa, konstruuje, drutuje, betonuje, skręca i rozkręca, zbija, lakieruje i szlifuje. Nocami często słychać odgłosy jego pracy, sunące przez uśpione ulice jednostajne stukanie albo wiercenie. Wiele rzeczy w mieście powstało dzięki bezsenności pana Stanisława.

 

Wincentyn wyszedł przez frontowe drzwi na taras przed hotelem i zapalił papierosa. Zauważył, że mgła, rozpięta pomiędzy drutami wysokiego napięcia spowija całą ulicę, okrywając ją szczelnie jak do snu. Wsłuchiwał się przez chwilę w ciszę, w której szukał znajomego stukotu drezyny jadącej po torach, ale nic nie usłyszał. Przypomniał sobie dzień, w którym poznał Edwarda. Pan Stanisław przyprowadził go do niego mówiąc, że skonstruował go zeszłej nocy. Zrobił go z kawałków starych szmat, ciemnych od smaru silnikowego, z sadzy i kurzu. Tego dnia Edward został przyjacielem Wincentyna i zamieszkał w niewielkiej szklarni na tyłach jego ogrodu. W nocy Edward jeździ po mieście swoją drezyną, mimo że w mieście nigdy nie było torów. Drezyna to też dzieło pana Stanisława. Po niedługim czasie Edward stał się pewnego rodzaju elementem miasta, tak jak każdy niegroźny wariat, którego widuje się codziennie na ulicach kroczącego zapamiętale w tylko sobie znanym, dobrze określonym celu. Edwarda znają wszyscy, a on pozdrawia machnięciem ręki każdego, kogo spotka. Przechyla się w rytm stukania kolejowych traktów, mocno trzymając się drążka swego pojazdu. Zawsze wieczorem przyjeżdża odwiedzić Wincentyna, który pracuje na nocnej zmianie już od wielu lat. Dziś jednak, po raz pierwszy od zawsze, nie przyjechał i Wincentyn zrozumiał, że się niepokoi. Jeszcze raz wytężył słuch w oczekiwaniu na znajomy dźwięk, lecz usłyszał tylko oddech mgły, która powoli zaczynała zawłaszczać całe powietrze wokoło. Domy po drugiej stronie ulicy rozpłynęły się już dawno, a samochody w dalszej części parkingu przed hotelem były już tylko majaczącym wspomnieniem. Wszystko, co Wincentyn mógł jeszcze zobaczyć wokół siebie, było niewyraźne i rozmazane, a dwa niepewne światła, zazwyczaj świecących bardzo mocno ulicznych latarni, teraz pływające w gęstej, mlecznej zawiesinie wydawały się pochodzić z innego, bardzo odległego świata. Wincentynowi wydało się nagle, że w bliskiej odległości zamajaczyła przed nim jakaś postać. Lekko przestraszony cofnął się bliżej ściany i wytężył wzrok, którym próbował przebić się chociaż przez kilka metrów gęstego jak zupa powietrza. Mgła podeszła nadspodziewanie blisko, a jej oddech, wciąż równomierny i głęboki, kłuł go i szczypał w oczy. Nasłuchiwał w napięciu jeszcze przez chwilę i odkrył, że czuje się bardzo nieswojo, tak jakby ktoś, kogo nie mógł zobaczyć, obserwował go z bliska. Czuł na twarzy wilgoć nocy i chłód ogarniający całe ciało. Mgła dotknęła go delikatnie i oplótłszy jego palce na powitanie, nieodwołalnie uczyniła swoim podwładnym. Rzucił okiem na szklane drzwi, ale nie był już zdolny wykonać ruchu w ich stronę, wstrzymał więc oddech, czując, że mgła jest już tak blisko, że jeśli tylko zechce, w każdej chwili może wejść do niego do środka, wejść jak do siebie, i wiedział, że gdy to się stanie, on stanie się częścią mgły. Zaczął znów nasłuchiwać ale głos, który teraz słyszał był spowolniony i zniekształcony, tak jakby włożył głowę pod wodę. Po krótkiej chwili zdał sobie sprawę, że ten głos jest jego głosem. Przyparty do zimnej ściany, mimo przerażenia poczuł senność i znużenie. Zamknął oczy i poczuł się bezpiecznie. Powoli na jego bezwolne ciało spływał z góry cichy i przytulny sen, oklejając jak wata cukrowa jego twarz, ramiona i dłonie, nie będące w stanie wykonać żadnego ruchu.

 

Wincentyn obudził się o świcie i przez dłuższą chwilę nie był pewien, gdzie się znajduje. Kanapa w kantorku za recepcją była niewygodna i twarda, co odczuł boleśnie, starając się obrócić głowę w stronę światła, żeby ocenić swoje położenie. Trochę nieprzytomny podniósł się i szurając nogami, poszedł do recepcji. Spojrzał na ostatni zapis w zeszycie o godzinie 23:45 i przypomniał sobie mężczyznę, który prosił o pokój z dużym łóżkiem. Najwyraźniej musiał spać całą noc, nie niepokojony przez nikogo, lecz czuł się bardzo zmęczony i ociężały. Zatopił się w porannej ciszy i swoich rozmyślaniach o czekających go dziś obowiązkach, a wraz z odchodzącym w dal zapachem snu w powietrzu rozpływał się dobrze mu znany, delikatny stukot drezyny jadącej po kolejowych torach.

 

 

Katarzyna Lis

klis@zojcem.pl