Blaszane koguty (opowiadanie)
Dostaliśmy pięć minut. Mężczyzna w mundurze znienacka pojawił się w celi i nienaturalnie wysokim jak na mundurowego głosem oznajmił, że mamy kwadrans na
doprowadzenie się do porządku. Odpowiedziałem, że żona jest w złym stanie i z
trudem się porusza. Mężczyzna w mundurze na moment znieruchomiał; mimo iż oczy
schowane miał za czarnymi okularami, poczułem, jak skrupulatnie przewierca mnie
wzrokiem. Gdyby spojrzenie tłukło po mordzie, pomyślałem, leżałbym już martwy.
Opuściłem głowę i zaczekałem aż uderzy. Nie uderzył, usłyszałem za to: Pięć
minut i ani sekundy dłużej. Mężczyzna w mundurze ściągnął z ręki elegancki
zegarek i zawiesił go na metalowym kołku przy drzwiach, po czym niepostrzeżenie
rozpłynął się w powietrzu, zostawiając po sobie gęsty zapach wody kolońskiej
wymieszany z kwaśną wonią potu. Podszedłem do drzwi i uważniej spojrzałem na
zegarek – musiał kosztować fortunę.
Pierwsza minuta. Gdybym był termometrem, pomyślałem, wskazywałbym gorączkę. Powietrze stoi
jak na musztrze i nawet muchy nie drgną, w półśnie wylegują się na aluminiowym
talerzu, z którego jeszcze niedawno wybierałem resztki kartofli. Być może w innych okolicznościach zaległbym obok, ułożył ręce pod głową i spróbował
zasnąć, i być może nawet zasnąłbym snem niemowlaka, gdyby nie ostre,
jasnoniebieskie światło, które wylewa się ze szklanych płytek zawieszonych pod
sufitem, z łatwością przeciskając się przez zamknięte powieki.
Żona leży na wąskiej pryczy przy zlewie, jej głos dociera do mnie coraz
rzadziej albo ona coraz rzadziej krzyczy. Dłonie złożone ma między udami, wargi
ściśnięte, jakby w ten sposób próbowała sobie ulżyć. Z góry przypomina skorupę
ślimaka, z której przepędzono jedynego lokatora, a ja, nie zważając na
oczywisty jego brak, zaczynam wołać śpiewnym głosem: Ślimak, ślimak, wystaw
rogi, dam ci sera na pierogi. Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na
pierogi.
Nazywam się Henryk Nowak, mam trzydzieści cztery lata i powoli odchodzę od
zmysłów. Tydzień, może dziesięć dni temu otrzymałem anonimową depeszę o treści
‘Obserwujemy pana, proszę się przygotować’. Od razu pomyślałem, że to żart.
Albo kolegów z pracy, albo kogoś z rodziny, albo przypadkowego idioty, któremu
masturbacja przestała dostarczać rozrywki. W każdym razie – żart. Nazajutrz
obudziło mnie ostre, jasnoniebieskie światło wylewające się wartkim potokiem z sufitu, a obok, na wąskiej pryczy przy zlewie, leżała moja żona. Ciało
wykrzywiała w konwulsjach i krzyczała, że ją boli.
Druga minuta. Gdy podniosłem się z podłogi, którą niemal na całej powierzchni pokrywały
kolorowe fotografie, ujrzałem przed sobą dwóch urzędników (to znaczy po pachami
mieli teczki, nosili wypłowiałe marynarki i twarze ich były z kartonu); za
nimi, w głębi celi, czuwał niezłomny mężczyzna w mundurze. Urzędnicy oficjalnie
odczytali treść oskarżenia: działanie na szkodę związku. Pomyślałem wówczas:
Jakiego kurwa związku, panowie? Przecież ani ja, ani moja żona nic o żadnym
związku nie wiemy, i teraz myślę, że gdybym tę swoją wątpliwość wyartykułował
wtedy na głos, cała sprawa nie miałaby miejsca. Panowie urzędnicy najpewniej
zgodnie podrapaliby się po brodach, spojrzeli po sobie pytająco i jednym głosem
skwitowali: No właśnie, jakiego kurwa związku? Tymczasem stałem jak wryty,
milcząco wpatrując się w posągowe oblicze mężczyzny w mundurze, podczas gdy
moja żona, zgięta w pół i na pół przytomna, nie przestawała prosić o lekarza.
Zostały niecałe cztery minuty. Zaczynam krzątać się po celi, jak gdybym
krzątał się po kuchni własnego mieszkania, podnoszę z podłogi fotografie i układam
w jeden gruby plik (albo raczej album, fotografie są bowiem wielkości kartek
A4). Na nich zaś wyłącznie znajome twarze. To doprawdy zadziwiające: gdy
kolejną godzinę pytają cię, czy znasz osobę ze zdjęcia, to nawet jeśli z początku rzeczywiście nie masz pojęcia o kim mowa, z czasem jej twarz wydaje ci
się coraz bardziej znajoma, aż wreszcie, po kilku następnych godzinach bez
jedzenia i wody, nabierasz pewności i odpowiadasz: Panowie, przysiągłbym, że ja
tę osobę jednak skądś znam. Kto to jest? Po jakimś czasie wiesz już, kto to
jest, jak się nazywa, a także gdzie bywa i z kim jada obiady, i wówczas możesz
otwarcie przyznać, że znasz tę osobę doskonale, to jest osoba z twojego
najbliższego otoczenia.
Trzecia minuta. Chwytam z podłogi aluminiowy talerz, z którego jeszcze niedawno
wybierałem resztki kartofli (suche truchła much opadają na ziemię jak popiół),
i dokładnie przecieram koszulką, aby można się było przejrzeć. Dostrzegam
niewyraźną twarz, która nie przypomina mojej twarzy, choć to z całą pewnością
moja twarz i tylko wygląda jak rozdeptane gówno. Włosy na czole to czarne
strączki fasoli, czoło – rozgrzebane pole, po którym właśnie przemaszerowało
wojsko. Gdybym był dowódcą jednostki, pomyślałem, nakazałbym do siebie
strzelać. Przetarłem palcami usta i uśmiechnąłem się szeroko, odsłaniając wciąż
jasny pasek zębów.
Na wąskiej pryczy przy zlewie leży moja żona, jej głos dociera do mnie
coraz rzadziej albo ona coraz rzadziej krzyczy. Ma na imię Maria, jest
prawnikiem i sądzę, że to z jej powodu się tutaj znaleźliśmy. W dniu, w którym
otrzymałem anonimową depeszę, Maria wyznała (a ślimak siedział w niej wówczas
głęboko), że od pewnego czasu ma złe przeczucia. Jakie przeczucia?, zapytałem,
a w moim pytaniu czaiła się szorstka obojętność; Maria wzruszyła jedynie
ramionami i nic nie odpowiedziała. Wieczorem przed snem kilkakrotnie
podchodziła do okna i ostrożnie odchylała firankę, aby zerknąć na ulicę przed
domem. Powtarzała przy tym, że coś nas niebawem zaskoczy, że jeszcze zaskoczą
nas niebawem. Na koniec dodała, jakby mimochodem i od niechcenia, że rano
znalazła w torebce anonimową depeszę o treści: ‘Obserwujemy panią, proszę się
przygotować’.
Czwarta minuta. Mężczyzna w mundurze zwykle pojawia się raz dziennie, przynosi wtedy wodę
i kilka ugotowanych ziemniaków, które wysypuje z próżniowej folii na talerz
leżący na podłodze. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa próżniowa folia –
podejrzewam, że nawet mężczyzna w mundurze tego nie wie. W każdym razie,
ziemniaki zawsze są przesolone, a wody tyle, żeby prędko się skończyła, wobec
czego zebrałem się któregoś dnia i niskim tonem, oznaczającym determinację i pewność siebie, zapytałem, czy zamiast ziemniaków nie dostalibyśmy może suchego
chleba. Nim skończyłem pytanie, kolba karabinu zmierzała wprost w moją twarz i chwilę później leżałem już na podłodze, a z mojego nosa jak z ulicznego
hydrantu obficie tryskała posoka. Mężczyzna w mundurze stanął nade mną, jakby
zamierzał oddać mocz, i syknął, żebym stulił pysk i jadł, co nam dają, a głos
jego był nienaturalnie wysoki i z trudem powstrzymałem śmiech. Stało się dla
mnie jasne, że to nie moje pytanie, ale ton mojego pytania go rozwścieczył.
Zegarek zawieszony na metalowym kołku tyka jak bomba zegarowa, a tu jeszcze
tyle do zrobienia: krew na fotografiach, krew na koszulce, krew na twarzy i krew na podłodze, którą natychmiast i bezapelacyjnie należy zetrzeć. Niech nie
mają z nami kłopotu, te kurwy parszywe, mamroczę pod nosem i poślinionym
kciukiem trę o jaśniejącą z wolna posadzkę.
Piąta minuta. W rzeczywistości nie mam pojęcia, jak długo tutaj jesteśmy: tydzień, może
dziesięć dni, lecz równie dobrze moglibyśmy tu tkwić od miesiąca albo trzech.
Nie ma to już jednak znaczenia, zębate koło kończy swój obrót, sekundnik
metodycznie wyszarpuje czas z wieczności, która pozostaje. Maria leży teraz bez
ruchu i milcząco wpatruje się w martwy punkt na ścianie, zupełnie jakby
wiedziała, co nas za chwilę spotka, i powoli godziła się z losem. Odgarniam
mokre kosmyki włosów z jej czoła i wycieram ślinę z policzka, cedząc przy tym
półszeptem: Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi. Ślimak,
ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi. Maria nie słucha, jej sztywną
twarz przecina teraz strużka potu albo łez; strużka zakręca przy ustach w stronę ucha i bez śladu wsiąka w prześcieradło.
Trzy, dwa, jeden. Zegarek wydaje z siebie krótki dźwięk.
W tym samym momencie słychać gwałtowny chrzęst zamka w drzwiach, mężczyzna
w mundurze wchodzi do celi i to wchodzi w trzech osobach, z których każda
wygląda jak forma wycięta z kartonu. Chwytam Marię pod pachy i podnoszę z łóżka. Pada komenda, abyśmy ustawili się twarzą do ściany, w tym czasie dwóch
mężczyzn zawiązuje nam opaski na oczy i krępuje ręce, trzeci zaś ubezpiecza na
wypadek, gdybyśmy w ostatniej chwili postanowili wywinąć jakiś numer. W końcu
wyprowadzają nas z celi. Maszerujemy przez korytarz, w którym jest przyjemnie
chłodno i tylko krzyk Marii nieco zakłóca tę idylliczną przechadzkę. Mimo to
czuję, że mógłbym tak iść przez cały dzień.
Zatrzymujemy się po kilkudziesięciu krokach, mężczyźni w mundurach
zalepiają nam uszy woskiem albo czymś podobnym i za moment nic już nie słychać.
Nagle na policzkach czuję narastające ciepło i wiatr owiewający moją wilgotną
twarz – wyszliśmy na zewnątrz i teraz zapewne kroczymy przez dziedziniec
otoczony wysokim murem. Jestem pewien, że gdzieś w pobliżu już czeka grupa
strzelców wyborowych, czuję niemal fizjologicznie, jak do nas mierzą ze
sztucerów.
Wreszcie stajemy w miejscu i stoimy tak bez ruchu jak blaszane koguty w wesołym miasteczku. Strach narasta we mnie do granic możliwości, aż w końcu coś
w powietrzu pęka i zaczynam krzyczeć jak opętany: Nie strzelać, błagam! To nie
mnie chcecie, to moja żona. Nie strzelać, będę współpracować! To moja żona!
Błagam, nie strzelajcie! Gdy skończę, odruchowo poderwę ręce w poddańczym
geście i wówczas okaże się, że wcale nie jestem związany. Natychmiast zerwę z oczu opaskę i spostrzegę, że to wcale nie jest dziedziniec, a przed nami wcale
nie stoi grupa strzelców wyborowych ze sztucerami w dłoniach. Naraz pojmę, że
oto stoimy w środku ruchliwego miasta, a wokół nas jedynie kilku zdumionych
gapiów. Jesteśmy
wolni, pomyślę.
Jakobe Mansztajn
mansztajn@zojcem.pl