Autobusowe historie, cz. 1
(opowiadanie)
Autobus ma 39
miejsc siedzących i 65 stojących, jedno miejsce oznaczone krzyżykiem i jedno
dla matki z dzieckiem. W autobusie spotykam ludzi. Słowa nie są potrzebne.
Poznajemy się w spojrzeniu odbitym w szybie, ukradkowym zawieszeniu gdzieś
pomiędzy zewnętrznym światem a swoim własnym, zniekształconym odbiciem. W przypadkowym potrąceniu, w oczekiwaniu na właściwy moment, w tym jednym ruchu
za dużo. Przepraszam. Proszę. Dziękuję.
12.38, niedziela.
Początkowy przystanek.
Nie ma zbyt wielu pasażerów, a ci, którzy są, wypełniają ograniczoną przestrzeń
głosem, ruchami, jakoś sobą. Wiercą się, rozglądają, ubierają twarze w znudzenie albo w chwilowe, przelotne zainteresowanie tym, co widzą za oknem.
Jest ładna pogoda, słońce ciekawie i radośnie puka w ogromne autobusowe okna.
Jeszcze chwilę, jeszcze kilka minut do odjazdu, ale nie ma się co
niecierpliwić, jest niedziela. Kierowca odpoczywa, na szczęście nie jest z tych,
którzy próbują na siłę uszczęśliwiać pasażerów muzyką z radia. Więc w spokoju
czekamy na odjazd. Ktoś wsiadł, rozejrzał się i od razu przeszedł do tyłu, tam,
gdzie wszystkie miejsca były wolne, zajął sobą całą dotąd niezamieszkaną
przestrzeń. Rozlał się na dwóch rzędach twardych krzeseł, z których każde jest
oddzielną historią, zlepioną ze strzępków rozmów, ruchów, opowieści, wydarzeń, miejsc
przeznaczenia. Gdzieś pośrodku autobusu stoi młody chłopak oparty plecami o szybę. Bawi się błyszczącym telefonem komórkowym, takim, który z daleka
pokazuje wszystkim ile kosztował. Pół metra od niego, blisko kasownika, starszy,
nieduży człowiek z życiem złożonym grzecznie pod nogami. Ma dziecinną twarz, w jego oczach jest coś takiego jakby rozwodniona troska. Ale nie jest to troska o siebie samego. Ma brudne spodnie, szarą bluzę a na głowie spłowiałą, dawno temu
różową czapkę z daszkiem. Kręci głową, rozgląda się powoli, jakby nie chciał
wprowadzać niepotrzebnego ruchu, drgania powietrza, aby nikomu sobą nie
przeszkadzać. Jeszcze zanim autobus ruszy, wychyli się nieznacznie do najbliżej
stojącej osoby, żeby grzecznie i cicho zapytać o godzinę. I to najzwyklejsze w świecie pytanie zawiśnie w niedzielnym powietrzu, usiądzie na uchwycie
bezpieczeństwa, przefrunie lekko kawałek dalej, nad gazetą wysokiego wąsatego pana
w garniturze, nad krzyżówką pani o okrągłej, tłustej twarzy, może lekko owieje
duży blond kok pani Starszej i usiądzie obok niej na wolnym miejscu. Za moment
poleci dalej, do tyłu, wypełni przestrzeń pomiędzy siedzeniami, zaszyje się w jakiejś torebce, pod kurtką, ucieknie przed spojrzeniem tych wszystkich, którym
jest to zupełnie obojętne. Nikt nic nie usłyszał, choć wszyscy słyszeli. I ten
młody chłopak z drogim telefonem w ręce też nie słyszał. Nie słyszał i nie
odpowie. W uszach ma słuchawki, które skutecznie odcięły go od autobusowej
rzeczywistości. Pytający chwilę popatrzy na niego, coś zmieni się w jego
twarzy, coś zgaśnie w oczach, spuści wzrok w dół, bezgłośnie przeprosi,
popatrzy na swoje stare buty, na zawinięte w szmaty tobołki, na brudną podłogę
autobusu. On nic nie wie o tych słuchawkach. Zadał uprzejme pytanie i nie
otrzymał odpowiedzi. Zadał uprzejme pytanie chłopakowi o kpiących oczach,
którego telefon był bardzo drogi.
Katarzyna Lis