Wszystkie dzieci nasze są

 

 

Te słowa wyśpiewane dobre 20 lat temu przez klasyczną już gwiazdę estrady dziecięcej, Majkę Jeżowską, niosą w sobie całkiem dramatyczne i przerażające znaczenie. Dzieci uwielbiają wyliczanki, niech zatem wyliczanka pomoże nam w zrozumieniu tego, co mam na myśli. Skoro wszystkie dzieci są nasze, znaczy to, że są wspólne, co z kolei oznacza, że tak naprawdę są niczyje. Każdy powie, że dziecko to skarb. A skoro dzieci są skarbem i - jak wyliczyliśmy powyżej - ten skarb nie należy do nikogo, to zaraz znajdą się tacy, którzy zechcą położyć na nim swą zachłanną łapę. Można ze smutną konstatacją zauważyć, że to właśnie dzieci pozostały tym dobrem, które po upadku komunizmu jako jedyne pozostało skolektywizowane i państwowe. To właśnie urzędnicy państwowi, pracownicy Ministerstwa Edukacji Narodowej, pedagodzy czy kuratorzy są teraz faktycznymi decydentami w sprawie losu najmłodszych obywateli. Rodzice pełnią  jedynie rolę wynajętych przez państwo za przysłowiowe "Bóg zapłać" guwernantek. Jeżeli taki rodzic-niania nie radzi sobie z pracą, jest po prostu przez państwo zwalniany. Chciałbym być dobrze zrozumiany, nie postuluję tu takiego stanu rzeczy, w którym rodzice mogą zrobić z własnymi pociechami, co im się żywnie podoba, a jedynie pragnę zasugerować, że mimo wszystko to oni mają do tego większe prawo niż urzędnicy decydujący o losie dzieci, których nigdy na oczy nie widzieli i najpewniej nigdy nie zobaczą.

 

Konstytucja państwowa gwarantuje rodzicom prawo do wychowania dzieci, politycy prześcigają się w tworzeniu programów prorodzinnych, ale tak naprawdę wszystkie ich działania zniechęcają ludzi do zakładania rodzin i posiadania dzieci. Brutalnie mówiąc – to się po prostu nie opłaca. Wychowanie państwowych dzieci niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw. Otóż, już w niektórych krajach ustawowo zabiera się rodzicom możliwość stosowania kar, propaguje się model tzw. liberalnego wychowania - bez żadnych zasad, bez żadnej kontroli (akurat ten model pasuje idealnie do „niczyich dzieci”). Można powiedzieć, że państwo „wynajmuje” rodziców do odchowania przyszłych obywateli, nie proponując przy tym żadnych narzędzi mogących im pomóc w tym trudnym zadaniu. Należy tutaj podkreślić, że kary są zdecydowanie mniej skuteczną metodą wychowawczą niż nagrody (nie pokazują, co jest dobre, a jedynie wskazują, czego nie robić), lecz czasami bywają sytuację, kiedy to właśnie one są jedynym skutecznym rozwiązaniem. Ale wtedy do akcji wkracza państwo, sugerując swoim pociechom wniesienie sprawy do sądu. Niestety procesy wytaczane rodzicom przez dzieci, które otrzymały klapsa, na pewno nie przyczyniają się do polepszenia więzi w rodzinie, prowadzą jedynie do dalszego umniejszenia jej roli w wychowaniu.

 

No dobrze, czyli pozwalajmy dzieciom na wszystko. A teraz co w przypadku, kiedy dziecko, którego nie mogliśmy ukarać np. za wychylanie się z okna mieszkania na wysokim piętrze, nieszczęśliwie z niego wypadnie? Czy rodzic-niania jest zwolniony w takim przypadku z odpowiedzialności? Oczywiście, że nie. W imieniu państwa sąd wyśle takiego rodzica do więzienia, ewentualnie wymierzy karę w zawieszeniu na kilka lat. Wniosek płynie z tego taki, że sąd zakłada, iż cierpienie wynikające z tak olbrzymiej tragedii nie jest wystarczającą karą i trzeba nieszczęsnemu opiekunowi dorzucić jeszcze troszkę – w końcu dziecko nie było jego, a dodatkowo zepsuł państwową własność.

 

Mam kolejną wątpliwość  – kto decyduje o tym, czego młody człowiek ma się uczyć? Co w przypadku, gdy szkoła propaguje wzorzec zupełnie sprzeczny z wizją rodziny? Czy naprawdę rodzice nie mają mieć prawa przekazać dziecku swoich wartości i wyznawanych poglądów? Obowiązek szkolny jest  w tym akurat przypadku świetnym narzędziem kontroli państwa nad tym, w jakiej ideologii mają być wychowywane kolejne pokolenia. W Wielkiej Brytanii niedawno głośny był przypadek karania grzywną rodziców, którzy nie wyrazili zgody na posyłanie swoich pociech na lekcje dotyczące homofobii, z kolei w Belgii rodzice muszą usprawiedliwiać nieobecności szkolne przed urzędnikami, a w razie niedostatecznej argumentacji nakładany jest na nich mandat karny.

 

Jeszcze jeden interesujący przykład. W szwedzkiej miejscowości Lund pewien ośmioletni chłopczyk postanowił nie zaprosić na swoje urodziny dwóch kolegów z klasy, których – delikatnie mówiąc – nie darzył wylewną sympatią (jeden go nie zaprosił wcześniej na swoje urodziny, a z drugim był pokłócony). Oczywiście władze szkoły uznały to za istną dyskryminację i odebrały zaproszenia dzieciom, które je dostały. Wszyscy albo nikt. Ciekawe czy skandynawscy pedagodzy zabroniliby także serwować tort truskawkowy, wiedząc, że przykładowy mały Sven Ericsson czuje organiczny wstręt do owoców. No ale w końcu to nie są szwedzkie dzieci, tylko dzieci Szwecji i to Szwecja ma ostateczne prawo głosu.

 

Nietrudno zgadnąć, że opisane powyżej przypadki nieraz są specjalnie przejaskrawiane, ale ich celem jest zachęcenie do pewnej refleksji nad rolą rodziny we współczesnym świecie oraz nad ciągłym spadkiem statystyk dotyczących urodzin w Europie. Należy także bez końca podkreślać, że skrajności nigdy nie są dobre – źle by było gdyby tylko rodzice decydowali o wszystkich poczynaniach dziecka, a państwo nie mogłoby wkroczyć nawet w przypadkach maltretowania. Osobiście nie znoszę patosu, ale chyba w tym przypadku wypada jego szczyptę dodać do tych przemyśleń. Otóż, wnikliwi czytelnicy zauważyli, że do tej pory nie padło w niniejszym tekście najważniejsze słowo – miłość. Myślę, że państwo nie jest w stanie pokochać dziecka, tak jak to robią rodzice. Myślę także, że tylko ten, kto kocha, może na siebie wziąć odpowiedzialność i przywilej wychowania drugiego człowieka.

 

 

Daniel Krokosz

dkrokosz@zojcem.pl