Niniejszym stwierdzamy, że Pani żyje

 

 

Tego dnia na wyrok Sądu Rejonowego w Zwoleniu na Mazowszu, obok  alimenciarzy, drobnych hochsztaplerów, osób oskarżonych o rozboje oraz oszustów podatkowych, czekała osiemdziesięcioczteroletnia kobieta z pobliskiego Jabłonowa. Wyrok dotyczył faktu, czy kobieta żyje.

 

Historia starszej pani wygląda pokrótce następująco: nieco ponad dwa tygodnie temu jej mąż, zobaczywszy, że jest nieprzytomna, wezwał pogotowie. Lekarka stwierdziła zgon i rozpoczęto organizowanie pochówku. Jednak pracownikowi kostnicy, który kilka godzin później podczas pracy dostrzegł poruszający się worek, zgon wydał się co najmniej dyskusyjny. Aby rozstrzygnąć trudny spór, sprawę oddano do sądu.

 

Uzasadnienie prawne opisanej wyżej sytuacji wygląda tak, że skoro wystawiono akt zgonu, który w rzeczywistości zgonem nie był, dokument należało anulować. Ponadto trzeba było przywrócić ważność anulowanych w momencie śmierci (a raczej: niewłaściwie zinterpretowanego stanu nieprzytomności) pozostałych dokumentów kobiety.  Ponieważ mógł to zrobić jedynie sąd, sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Zwoleniu, właściwemu miejscu zamieszkania bohaterki.

 

Jednak jest jeszcze życiowa logika, która w tym wypadku pozwala jedynie żałować, że asystenci doktora Daneeki z „Paragrafu 22”  J. Hellera, Gus i Wes, byli postaciami fikcyjnymi. Dla przypomnienia: podczas jednej ze scen, badając doktora Daneekę, który w ostatnich dniach czuje się nie najlepiej, z poważnymi minami oznajmiają mu: "Pan nie żyje".

 

Gdyby istnieli naprawdę, mogliby w sytuacjach takich jak ta z Jabłonowa znaleźć szansę na niezłe pieniądze. Interes mógłby wyglądać następująco: ktoś ma dość głośnego sąsiada, konkurenta lub kochanka żony. Zwraca się do Gusa i Wesa, którzy mają firmę przyznającą ludziom status zmarłych. Nie zabija ich, nie robi nalotów na mieszkanie, nic z tych rzeczy. Wysyła po prostu listownie informację "Gus i Wes Sp. z o.o., działająca na podstawie koncesji nr DGH567834, oznajmia, iż Pan/Pani nie żyje". Tu zaczyna się problem, bo jako osoba martwa nic nie załatwimy. Nie chodzi nawet o sprawy poważniejsze jak kredyt czy otrzymanie spadku, ale nie wypożyczymy nawet książki z biblioteki czy płyty DVD na weekend. W takim wypadku przywrócić do życia mógłby nas jedynie sąd, a to wiąże się ze stratą czasu i kosztami prowadzenia sprawy, nie mówiąc już o sytuacji, w której sąd orzekłby: "W nawiązaniu do opinii firmy Gus i Wes Sp. z o.o. podtrzymujemy, że Pan/Pani nie żyje".

 

Bylibyśmy wówczas świadkami setek scenek typu:

Bank, dział kredytowy.

- Zaświadczenie o zarobkach? Jest. Ksero dowodu? Jest… Niestety, napisał pan, że kredyt podżyruje ojciec, a z danych, które mam w bazie, wynika, że pański ojciec nie żyje.

- Jak to nie żyje? Przecież stoi obok mnie jak wół!

- Niestety, bez prawomocnego wyroku sądu, nie mogę tego stwierdzić. Proszę przynieść orzeczenie sądu i będziemy działać dalej.

 

Pizzeria, rozmowa telefoniczna:

- Dzień dobry, chciałbym zamówić dwie wegetariańskie i jedną pepperoni na ul. Kotwiczników 6/5

- Pan Pietrasik Krzysztof?

- Tak.

- Niestety nie mogę przyjąć zamówienia. Pan nie żyje.

- Jak nie żyję, skoro z panią rozmawiam?

- Przykro mi, proszę to wyjaśnić w sądzie. Do widzenia.

 

Starszej pani z Jabłonowa życzę dużo spokoju i kolejnych lat życia wolnych od urzędniczych absurdów. Czytelnikowi radzę zawczasu załatwić sobie dokument potwierdzający, że żyje. Pozwoli to uniknąć przykrych niespodzianek w banku, bibliotece czy na ślubnym kobiercu.

 

Autor tekstu żyje i ma się dobrze, choć na zaświadczenie jeszcze czeka.


 

Kamil Kaczmarski

kkaczmarski@zojcem.pl