Słowo od zawiadowcy, cz. 2

 

 

Jest takie przysłowie, kto z kim przestaje takim się staje. Zawsze zastanawiałem się nad wiarygodnością takich porzekadeł, niekiedy będących prostą formą werbalizowania faktycznych praw modelujących rzeczywistość. Mądrość prawdziwa jest prosta w swoim przekazie, więc zacznijmy jeszcze raz, czyli: podobno kto czerpie natchnienie do działania z pewnego źródła, w jakimś stopniu staje się jego częścią, a także energia tego źródła ma wpływ na sposób naszego zachowywania się i pozostawia widoczny ślad na otoczeniu.

 

Z kim przestaje człowiek, to znaczy w jakim otoczeniu konstytuuje siebie samego, skąd pobiera zasilanie do aktywności i kto napisał oprogramowanie, według którego podejmujemy na co dzień tak wiele decyzji. Przy jakim współudziale własnym tworzymy rzeczywistość, a jaki jest udział owych źródeł bliżej niezbadanych co do zamiarów?

 

Jeżeli każdego dnia przebywamy w fabrykach słów, głosów, pytań, wniosków, odpowiedzi, które jak wentylator rozpraszają ich niewidzialną siłę w naszych głowach, to znaczy, że pozostajemy pod ich wpływem i wystarczy włączyć telewizor, radio, internet, odebrać telefon, wyjść na ulicę, wyskoczyć po bułki, posiedzieć w pracy, pokopać piłkę, aby zostać zainfekowanym ich mocą.

 

Słowa gęste i nabrzmiałe od swojego ładunku, drążą w nas niewidzialne i subtelne kanały, sieć połączeń, które jednoczą się w węzły, sploty gotowych odpowiedzi, bezwarunkowych westchnień i nieświadomych formuł. Im więcej słów i ich emocjonalnych zagadek, im mniej w tym siebie samego, tym więcej w nas człowieka ulepionego z masy ogólnej, jak gdyby z gliny, która pochodzi z jednej kopalni, o tym samym kolorycie, zapachu, gęstości. Transport odbywa się niepowstrzymanie, ponieważ niemożliwe jest, aby odciąć się od latającego kurzu głosów, wdychanie ich odbywa się podskórnie, ich magnetyczne pola zraszają naszą skórę, a ich lepka konsystencja, dość trwale przywiera do naszego umysłu, potem nie jest łatwo zrzucić je z naszych korpusów.

 

Umysł zachowuje się jak sucha gąbka zanurzona w wodzie. Chłonie wszystko, co znajduje się dookoła. Jest to jego podstawowa cecha, owe bezwolne i naturalne przyciąganie, spijanie wrażeń, absorbowanie energii drugiego człowieka i budowanie sprzężeń zwrotnych pomiędzy jednostkami. Jednostki, które tworzą społeczeństwo, sięgają w hipermarketach po słowa, które są towarem dobrze zareklamowanym, nie łatwo jest dziś obdarować człowieka słowem czystej i bezinteresownej przyjaźni, a wyrażenie troski o jego środowisko jest możliwe tylko i wyłącznie tam, gdzie wcześniej ogromne ciężarówki telewizyjne przywiozły ze sobą zainteresowanie sprawą szokującą i medialnie nośną, mogącą przyciągnąć ludzkie umysły, aby dalej faszerować je papką jak kurczaki. 

 

Ze względu na zachłanność percepcyjną ludzkich zmysłów, dobrze jest zachować szczególną ostrożność i traktować dość wybiórczo oprogramowanie dla naszego umysłu. Wirus łatwo się wślizguje, nadchodzi pod pozorem troski i z wyrazami żywej opieki. Łapiemy go każdego dnia i jednocześnie przenosimy dalej, zarażamy swoim niezadowoleniem, kaszlemy emocjonalną wzgardą i cynicznie się ślinimy. Nie znajdziemy wielu okazów, które zaszczepią w nas spontaniczną radość ze zwykłego dnia, na próżno poszukiwać w człowieku energii będącej twórczą epidemią zachęty dla innych, a nawet, gdy już ją znajdziemy, to szybko przekonany się, że nikt jej nie potrzebuje, ponieważ inni już z reguły zaprogramowani są zniechęceniem, hula w nich dialer nieustannie wykręcający opór przed jakąkolwiek zmianą, wierzgają nogami i zapierają się wewnętrznie jak diabeł przed święconą wodą. Nie łatwo jest zmienić oprogramowanie tego świata. Trzeba by zmienić najpierw siebie, potem pogadać z twórcami tych śmierdzących bakterii.

 

Brak wprzęgnięcia umysłu pod kontrolę rozsądku prowadzi do zepchnięcia prawdziwego obrazu rzeczywistości w jaskinię naszej duszy, mordujemy w sobie wewnętrznego człowieka, aby na jego miejsce wprowadzić rządy świata ufryzowanego na modny kierunek. Aby to się nam powiodło, instalujemy w pobliżu odbiornik sygnału i nieskończoność danych mamy już w sobie. Wiemy już zatem wszystko. Nie potrzebujemy tych wszystkich ludzkich wspomnień, jaki to kiedyś był człowiek, nie wzrusza nas zbyt wiele, ponieważ jest taka dostawa wrażeń w kalejdoskopie informacji, że reszta nie ma już znaczenia, jest zbyt mało kolorowa i wrzaskliwa, nie posiada znamion pożądania, jak przybłęda pałęta się dookoła i aż prosi się o kopniaka.

 

Kto z kim przestaje, takim się staje, a nasze potrzeby buduje codzienność zatopiona w oceanie pragnień. Pragniemy tego, co rozbudza nasze zmysły, uzależniamy się od szybkich obrazów, wyciągamy zachłannie ręce po jeszcze, nie chcemy przestać, żądamy, lekkomyślnie zabijamy w nas siebie samych i zapominamy w końcu kim byliśmy i nie chcemy przyjąć do świadomości, że staliśmy się częścią wypaczenia. Kto jest naszym żywicielem, kto nas karmi i modyfikuje umysły, kto przygotował formy, aby wypiekać człowieka w głupocie i jak to się stało, że pożądamy tych owoców bardziej niż ktokolwiek by się po nas spodziewał, a już na pewno nie my sami. Spirala pożądania zdaje się być mechanizmem nieskończonym w swojej finezji, a my stajemy się ofiarą jej doskonałości. Zawsze będziemy potrzebować, ponieważ wewnętrznie jesteśmy ukierunkowani na szczęście i przeżywanie przyjemności, ale bez wybiórczej postawy i wzgardy, łatwo popaść w paranoję. Hierarchizacja rzeczywistości służy zatem zapewnieniu nam właściwej proporcji pomiędzy tym, co pod stopami, a tym, co wysoko w górze oczekuje.

 

Jeżeli ktokolwiek stracił czas czytając te słowa, to bardzo przepraszam.

 

 

/au/