Specjaliści
twierdzą, że tradycyjne żarówki są nieefektywne, to znaczy pobierają więcej
mocy niż przeznaczają na oświetlenie, co w dobie ograniczania emisji gazów
cieplarnianych i medialnych kampanii wymierzonych w niewidzialnego wroga pod
postacią dziury ozonowej o wampirzych zębach – pozostaje niewybaczalne. Jednocześnie
i zupełnie przypadkowo wszystkie dane na temat szkodliwości tradycyjnych
żarówek pochodzą w całości z opracowań producentów konkurencyjnych świetlówek. Trudno
natomiast dotrzeć do niezależnych raportów, które zweryfikowałyby dane serwowane
przez koncerny.
Dla jasności: pomysł,
aby oszczędzać energię, jest – rzecz jasna – zasadny i słuszny, czym byśmy bowiem
zasilali telefony komórkowe i laptopy, z czego czerpalibyśmy energię, gdyby
jezioro doszczętnie wyschło? Podejrzenie wzbudza natomiast fakt, że cała akcja kolejny
raz odbywa się pod pełnym dramaturgii sloganem walki z globalnym ociepleniem, o którym można powiedzieć tyle, że dobrze się o nim dyskutuje i jeszcze lepiej na
nim zarabia. Gdyby globalne ocieplenie rzeczywiście istniało, stanowiłoby
oczywiście wyraźny powód do zaciśnięcia energetycznego pasa, tymczasem – jak
przekonuje ten czy ów specjalista – skoki temperatury nie są niczym nadzwyczajnym
i w historii świata zdarzały się spektakularniejsze ocieplenia, które przechodziły
bez większego echa. Al Gore, przodownik kampanii na rzecz obniżania temperatury
na świecie, na pewno o tym wie, ale jednocześnie głupio byłoby mu się z tym publicznie
zgodzić, skoro całe swoje dorosłe życie poświęcił na uświadamianie ludzi o istnieniu zagrożenia, którego nie ma.
Cała operacja
wdrażania na rynek nowych, energooszczędnych świetlówek opłacona zostanie z publicznych
pieniędzy i przysłuży się dwóm wielkim koncernom: Philipsowi i Siemensowi,
które kontrolują 60% unijnego rynku świetlówek i które przez lata rozwijały
technologię energooszczędnego oświetlenia. W obliczu niskiego zainteresowania świetlówkami
i narastającego wrażenia umoczenia kilku miliardów euro lobbyści Philipsa i Siemensa – jak sugeruje austriacki tygodnik "Profil" – postanowili przeforsować
"ekologiczny" projekt, aby pieniądze wreszcie zaczęły się zwracać. W tym
celu należało pozbyć się głównego i jedynego przeciwnika – tradycyjnej żarówki
– jako produktu niezgodnego z normami unijnymi. A normy jasno i wyraźnie mówią:
"Tradycyjna żarówka robi środowisku syf, a myśmy sobie środowisko umiłowali".
Tak, jasne. Pytanie jednak co ze szkodliwym wpływem żarówek energooszczędnych,
zużyta świetlówka wyposażona w rtęć staje się przecież odpadem toksycznym, co w czytelny sposób pozostaje w kontrze do postulatów głoszących umiłowanie ździebełka
pszenicy.
Kartą ekologii i globalnego
ocieplenia rozgrywa się wspaniałe mecze, a jeśli gra się umiejętnie i ze
sprytem, można przy okazji strącić z drzewa kilkanaście dorodnych kokosów, które
lecąc na ziemię, po drodze rąbną obywatela – przypadkowo lub nie – w głowę i z
miejsca pociemnieje mu w oczach.
Jakobe Mansztajn